Frakcje przyrodnicze
access_time 2005-02-04 08:49:02

Przy okazji wycinki drzew w Tarnowie okazało się, że w mieście tym ścierają się różne frakcje przyrodnicze, czasem nawet działające z ukrycia. Mnożą się wspólne podejrzenia, kwitną animozje, zdarzają się niespodziewane, prawie nocne telefony do domu. Na razie bez pogróżek.

W mieście objawiło się Tarnowskie Towarzystwo Przyrodnicze "Sokoły". Wiele tablic ogłoszeń zostało oklejonych odezwami Towarzystwa do mieszkańców, by sprzeciwili się wycince drzew prowadzonej przez magistrat. Pada tam nazwisko Piotra Zielińskiego, inspektora Wydziału Ochrony Środowiska UM, który z urzędu kwalifikuje, które drzewa można w majestacie prawa usunąć. W odezwie wyrzuca mu się, że działa na szkodę przyrody w mieście, będąc jednocześnie członkiem zarządu LOP w Tarnowie. Mowa jest nawet o ośmieszaniu zasłużonej organizacji, czego miałby się dopuścić swymi urzędniczymi działaniami Piotr Zieliński.



W Tarnowie trudno natrafić na kogoś, kto wcześniej słyszałby o Tarnowskim Towarzystwie Przyrodniczym "Sokoły". W kolportowanej odezwie, oprócz apelu i nazwy organizacji, nie ma nic poza tym. Jakichkolwiek namiarów. Adresu, numeru telefonu czy pieczątki.



- Podejrzewam, że z tą nazwą może mieć coś wspólnego pan Artur Pająkowski - mówi inspektor Zieliński.



W swoim biurze przechowuje odezwę TTP "Sokoły" i zastanawia się właśnie, co z nią zrobić. Machnąć ręką, zareagować jakoś? Upomnieć się o swoje dobra osobiste?



Artur Pająkowski zaprzecza. - Nie działam w "Sokołach", nie kolportowałem tych odezw. Jestem osobą bezrobotną, nie stać mnie na komputer i drukarkę, a odezwy były pisane właśnie za pomocą drukarki. Inna rzecz, że popieram to, co tam napisano.

Pień do zbadania



Pan Artur twierdzi też, że jakiś czas temu dzwoniła do niego osoba podająca się za prezesa TTP "Sokoły". Przedstawiła się, ale nazwisko przez telefon brzmiało mało wyraźnie.



Artur Pająkowski na pewno należy do Ligi Ochrony Przyrody, podobnie jak Piotr Zieliński. W sprawie drzew dzieli ich różnica zdań, mówiąc najdelikatniej.



- Wycina się w mieście piękne, dorodne drzewa - użala się Pająkowski. - W Mościcach, na Kopernika, Lotniczej, Piłsudskiego, w Parku Sanguszki. Mamy podejrzenie, że nie zawsze robi się to zgodnie z obowiązującymi zasadami. Postuluję, żeby sprawę zbadał specjalista, a w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości należy zawiadomić prokuraturę.



Pająkowski trzyma w ręku oficjalny wykaz pierścienic poszczególnych gatunków drzew jako orientacyjnych dolnych granic dla drzew pomnikowych. Np. jawor, jako pomnik przyrody, mierzony od pnia, na wysokości 1,3 m powinien mieć w obwodzie minimum 2,2 m. Pająkowski dociera do miejsc wycinek, mierzy obwód pni i dokumentuje pomiary oraz zapisuje spostrzeżenia.



Ujmując rzecz metaforycznie, Piotr Zieliński ma na sumieniu ponad 1 tys. drzew rocznie. Tyle osobiście ogląda i w sprawie każdego decyduje, czy można wyciąć. W 2004 r. tym sposobem wycięto w mieście 1800 różnego gatunku drzew.



- Kiedy zrobiło się o tym tak głośno, zatelefonowałem do swoich kolegów ze studiów z innych miast, między innymi z Krakowa, z pytaniem o skalę rocznych wycinek na ich terenie - oznajmia inspektor Zieliński. - Okazało się, że jest to skala porównywalna z naszą. Usuwamy drzewa chore, usychające, ale nie tylko. Czasem są one zdrowe, lecz zagrażają czyjemuś bezpieczeństwu, rosną zbyt blisko budynku mieszkalnego albo skrzyżowania, zasłaniają widoczność. Gdybyśmy się skupili wyłącznie na drzewach walących się, spotkalibyśmy się wówczas z zarzutem, że prowadzimy w mieście złą gospodarkę.



Decyzję o wycince zawsze podejmuje gmina - często na wniosek zarządców budynków, administracji spółdzielni mieszkaniowych, zakładów pracy, również mieszkańców. Usuwa się też drzewa z pasów drogowych i terenów komunalnych. Jako się rzekło, za każdym razem decyduje inspektor magistratu, Piotr Zieliński, z wykształcenia inżynier leśnik. Pytany przez dziennikarza, czy nie ma czasem wątpliwości co do trafności niektórych - wyłącznie swoich - decyzji, odpowiada, że jako urzędnik nie jest do końca pozostawiony sam sobie.



- Bywa, że niektóre przypadki konsultuję ze swoim szefem. Jest on geologiem, ale zna się na przyrodzie.



Skandaliczne szarganie



Wizje lokalne, konieczne do podjęcia decyzji, odbywa na miejscu tylko Zieliński. Zdaniem przyrodnika Pająkowskiego, sytuacja taka jest niedopuszczalna.



- Jestem za tym, by konsultować decyzje ze specjalistą dendrologiem. To wykluczy możliwe pomyłki i zapobiegnie niepowetowanym stratom. Ściętego drzewa nie da się przywrócić do życia, a nowe, posadzone w jego miejsce, będzie rosło powoli.



- Nie mam nic przeciw pomocy dendrologa - przyznaje inspektor Zieliński. Informuje, że każdy, kto otrzymał od miasta zgodę na wycinkę, zobowiązany jest do ponownego zadrzewienia terenu. Czy wszyscy realizują te zobowiązania, nie sposób sprawdzić.



Wojna o drzewa jeszcze bardziej uzewnętrzniła linię podziału między niektórymi tarnowskimi przyrodnikami. Artur Pająkowski już od dawna twierdzi, że LOP ma w mieście słabą pozycję, a robi mniej niż mógłby robić. Narzeka, że warunki lokalowe biura są marne, nie ma w nim nawet telefonu.



Piotr Zieliński atakowany jest przez Artura Pająkowskiego także za to, że łączy stanowisko urzędnika z członkostwem w LOP, zwłaszcza że jako urzędnik działa, zdaniem Pająkowskiego, przeciwko przyrodzie, a nie na jej rzecz.



- Nie widzę sprzeczności - odpowiada atakowany. - Poza tym ja w LOP-ie nie udzielam się specjalnie, bo choć to może być fajna działalność, nie mam na to czasu.



Mimo to, jak łatwo zauważyć, na ścianie w biurze wisi dyplom dla Piotra Zielińskiego "za wkład pracy w rozwój organizacji na 70-lecie Ligi Ochrony Przyrody".



Artur Pająkowski jest zdania, że LOP w Tarnowie to fikcja. Sam uznaje się za nieprzejednanego obrońcę przyrody. Reaguje na każdy sygnał o jej niszczeniu.



- Ja jestem nie do kupienia - deklaruje.



Kiedyś naraził się właścicielowi automyjni na tarnowskim osiedlu. Właściciel, zarobiwszy za granicą, wybudował i urządził automyjnię, przy okazji częściowo zasypując unikalny stawek z bogatą florą i fauną. Pająkowski, sprzeciwiając się temu, odwiedził wszystkie redakcje w mieście, stosowne urzędy i ściągnął na biznesmena kontrole.



Zdeterminowany obrońca przyrody żali się, że wskutek - jego zdaniem - pewnych manipulacji w zarządzie LOP nie dopuszczono jego osoby do udziału w wyborach do władz.



- Zawiadomienie o posiedzeniu zarządu, planowane na 17 listopada ub. roku, otrzymałem po fakcie - twierdzi Pająkowski.



Wiesław Wigurski, nowy prezes ZO LOP w Tarnowie, na skargę zainteresowanego, odpowiada: "Zaproszenie na posiedzenie Zarządu zostało wysłane do Pana w dniu 15.11.2004 i zgodnie z zapewnieniem Urzędu Pocztowego zostało doręczone w tym samym dniu".



Ponieważ Artur Pająkowski od dawna nie szczędzi słów krytyki w stosunku do nowych, a także poprzednich władz tarnowskiego LOP-u, Wiesław Wigurski listownie zwrócił mu uwagę na "niedopuszczalne zachowanie się w stosunku do pracownika biura Zarządu i niektórych członków ZO LOP oraz skandaliczne szarganie dobrego imienia zmarłego prezesa ZO LOP w Tarnowie, Mariana Urygi".



Ambitny człowiek



Piotr Zieliński opowiada, że któregoś dnia do jego biura wpadł zdenerwowany Pająkowski z krzykiem na ustach. Zażądał natychmiastowego przerwania wycinki drzew w mieście.



- Pan Pająkowski w swojej wielkiej irytacji uszkodził mi biurko - pokazuje pęknięty róg mebla. - Może błędem było, że nie wezwałem straży miejskiej.



- Zupełnie mnie nie interesuje to, co ma do powiedzienia na mój temat pan Zieliński - od razu zastrzega Artur Pająkowski.



Ma on swoich obrońców. Na czoło wybija się senator RP Józef Sztorc. W liście do prezesa Wigurskiego pisze m. in.: "Wiele osób, które pomagają LOP, uważa Artura Pająkowskiego za człowieka ambitnego, społecznie zaangażowanego na rzecz ochrony środowiska, dbającego o jego rozwój. Jego działania wniosły i mogą jeszcze wiele wnieść na rzecz LOP".



Inny działacz LOP, Paweł Augustyn, prezes firmy ubezpieczeniowej, niezadowolony z traktowania Pająkowskiego przez władze Ligi, rozważa możliwość "wycofania się ze współpracy i jakiegokolwiek sponsoringu na rzecz LOP".



- Kiedy chodziłem po sponsorach, żeby wyłożyli pieniądze na walkę ze szkodnikami kasztanowców, tu i tam usłyszałem: - A po co? I tak to zaraz wytnie Zieliński - opowiada Artur Pająkowski.



Zyskał on też przychylność Jacka Łabno, byłego wiceprezydenta Tarnowa, obecnie radnego Rady Miejskiej, będącego w opozycji do dzisiejszych władz miasta. Od razu więc poszła fama, że Łabno, angażując się w sprawę wycinki drzew, robi to z przyczyn politycznych, ale niektórzy nie wątpią, że czyni to bezinteresownie, jako człowiek znany z przyrodniczych zainteresowań.



Ponieważ sprawa wycinki stała się w mieście bardzo głośna i ujawniła konflikty, dziennikarza interesowało oficjalne stanowisko ZO LOP w tej kwestii. Okazuje się, że stanowiska nie ma.



Głuchy telefon



- Jesteśmy w trakcie analizowania zaistniałej sytuacji - odpowiada prezes Wigurski. - Z tego, co mi dotychczas wiadomo, chodziło albo o drzewa chore, albo o takie, które zagrażały bezpieczeństwu ludzi.



Prezes zaznacza, że stanowiska prezentowane przez Artura Pająkowskiego są wyłącznie jego prywatnymi opiniami i poglądami.



Inspektor Zieliński mówi, że po tej całej wrzawie na pewno będzie już ostrożniejszy w podejmowaniu decyzji o wycinkach drzew. Jest niemal pewne, że ocalona zostanie aleja włoskich topoli na ul. Klikowskiej, które też miały pójść pod piły. Planowano tam zbudować ścieżki rowerowe.



- Wygląda na to, że niektórzy mieszkańcy wolą drzewa od ścieżek - komentuje inspektor.



Przypuszczalnie wcześniej lub później wojna o drzewa zostanie załagodzona. Czy wraz z tym załagodzone zostaną podziały wśród przyrodniczych kręgów Tarnowa?



Piotr Zieliński zdradza, że pewien problem ma pracownica biura ZO LOP i może mieć to związek ze sprawą wycinek.



- Od pewnego czasu, nad ranem, nękana jest w domu głuchymi telefonami. Ktoś do niej dzwoni, wyrywa ją ze snu, ale w słuchawce jest cisza. Szkoda tej pani, bo to jest już starsza osoba. Może zawiadomimy o tym policję.



wiesŁaw ziobro



Dziennik Polski



 

Komentarze...