Kibicuję najlepszym
access_time 2005-03-16 03:16:54

Jerzy Kryszak to jedna z najbardziej charakterystycznych postaci na polskiej scenie satyrycznej. Jednocześnie to wielki sympatyk żużla od wielu lat. Kibicuje Tomkowi Gollobowi. Z Jerzym Kryszakiem rozmawialiśmy przed ostatnim Kabaretonem jaki odbył się Tarnowie w ubiegłym tygodniu.

Skąd zainteresowanie żużlem?



- Będąc chłopcem spędzałem wakacje u babci, która mieszkała w Sierakowie pod Rawiczem. To było 5 minut od stadionu żużlowego. Mój wujek pracował na poczcie w Rawiczu i był odpowiedzialny za nagłośnienie na stadionie. Żeby wejść na stadion pchałem wózek z akumulatorami, kolumnami i tym podobnym sprzętem. To było w czasach kiedy jeździł m. in. Marian Spychała. Był dla nas bohaterem. Podchodziliśmy pod jego dom i liczyliśmy, że może pokaże się w oknie.



Pan znał go z toru, a on Pana później z telewizji...


- Tak to mniej więcej można określić. Podczas ubiegłorocznego Grand Prix we Wrocławiu, czyli po około 40 latach, podszedł do mnie starszy pan i zapytał, czy ja jestem Jerzy Kryszak. Następnie przepytał mnie ze "starych" żużlowych nazwisk w Rawiczu i powiedział, że Marian Spychała to on. Skończyło się na sympatycznym spotkaniu i wspomnieniach do rana.



Kibicuje Pan Polakom, czy tylko Tomkowi Gollobowi?


- Nie ukrywam, że kibicuję najlepszym, czyli Tomkowi Gollobowi. Dlaczego? Bo najlepsi przynoszą najmniej zawodu. Chociaż, jak w każdym sporcie, i Tomkowi nie brakuje porażek. Ale tak, jak on walczy, to nikt nie potrafi. Ta jego jazda kilka centymetrów przy bandzie jest niesamowita. To przecież wystarczy moment nieuwagi i można wylecieć w trybuny. Dla mnie jest to cud grawitacyjny. Kiedyś jeździł jeszcze bardziej agresywnie. Wówczas krew stawała w żyłach.



A inni polscy zawodnicy?


- Nie podoba mi się Protasiewicz, u którego nie ma agresji w walce. Tłumaczenie, że teraz nie wyszło, ale może wyjdzie innym razem do mnie nie trafia.



Wśród zawodników zagranicznych ma Pan jakichś faworytów?


- To Jason Crump. Jestem zbudowany jego postawą po Grand Prix w Bydgoszczy. Po zawodach, wiadomo, wywiady, konferencja prasowa jakiś drink. Mija godzina, idę przez tor, a Crump stoi na starcie i analizuje koleinę, z której startował w finale. On zastanawiał się, dlaczego przegrał z Tomkiem Gollobem. Tacy ludzie muszą wygrywać.



Daje się Pan ponieść emocjom w czasie trwania zawodów?


- Dałem się ponieść we Wrocławiu podczas ubiegłorocznego Grand Prix. Darłem mordę tak, że na drugi dzień, podczas występu, musiałem do ludzi mówić szeptem, bo inaczej by mnie nie zrozumieli. Dodatkowo spadłbym z dachu, z którego komentowałem zawody. W następnym Grand Prix w Bydgoszczy już tylko gwizdałem, ale w ostatnich biegach, kiedy Tomek jechał tak fantastycznie, nie wytrzymałem.



Zagraniczni dziennikarze podkreślają wspaniałą atmosferę, jaka panuje w naszym kraju. Atmosferę, którą ciężko spotkać na innych torach.


- Kiedy oglądałem Grand Prix w telewizji wszystko było ok. Ale kiedy poszedłem pierwszy raz na stadion, to było niesamowite. Starałem się w jednym z komentarzy telewizyjnych powiedzieć coś o atmosferze, ale zrezygnowałem. Tam po prostu trzeba być.



Podobno wybierał się Pan na finałowy mecz Unia - WTS Wrocław do Tarnowa na zakończenie poprzedniego sezonu?


- Chciałem koniecznie być, bo tu też pewnie było niezłe ciśnienie. Nawet załatwiono mi helikopter, żebym zdążył. Ale w tym samym dniu miałem występ, który rozpoczynał się mniej więcej o tej samej porze.



(BD)



Dziennik Polski



 

Komentarze...