Nauczyć się żużla
access_time 2005-11-13 00:51:26
Wielu z nas przychodzi na stadion żużlowy, aby zobaczyć swoich ulubieńców w akcji. Mało kto zastanawia się nad tym jak ciężka jest droga młodego człowieka, który zafascynował się 'czarnym sportem' do tego stopnia, że postanowił od tej pory brać czynny udział w walce na torze.

 =
Kiedy pierwszy raz pojawiłem się na stadionie  przy ulicy Zbylitowskiej, ojciec starał się wyjaśnić wszystkie zasady panujące w tej dyscyplinie sportu. Na pierwszy rzut oka rzecz niemal niemożliwa, ale kiedy coś się dziecku spodoba, to informacje potrafi chłonąć jak gąbka. Dokładnie tak było w moim przypadku. Zainteresowanie było tak ogromne, że w sytuacji, kiedy w terminie spotkania wypadały jakieś nieprzewidziane okoliczności, potrafiłem nakłonić rodziców, aby pójść choćby na jakąś część tego bardzo interesującego spektaklu. Z czasem wszystko przeradzało się w tak ogromne zaangażowanie, że w każdym czasie wolnym przeglądałem maksymalnie dużo informacji na temat tego, co aktualnie dzieje się w świecie speedway'a.
 
   Dzisiaj mam nieco więcej lat, trochę zdążyłem zobaczyć, zwłaszcza tych ciemnych elementów rządzących światem 'czarnego sportu', więc postanowiłem sprawdzić, jak dokładnie wyglądają przygotowania każdego zapalonego młodzieńca, który pragnie pojawić się na arenie żużlowej. Ile czasu musi upłynąć, jak wiele pracy trzeba włożyć, aby zdać licencję i walczyć z zawodnikami o wiele bardziej doświadczonymi.
   Postanowiłem spotkać się z osobą, której nie obce są groźne upadki. Takim człowiekiem jest niewątpliwie  Grzegorz Dzik, który na torze zarówno triumfował, jak też był uczestnikiem bardzo groźnego upadku, którego skutki odczuwa do dzisiejszego dnia. Ponieważ z Grzegorzem udało nam się umówić w jego warsztacie na stadionie, zdobyliśmy zdjęcia motocykli, również tego, który brał udział w karambolu na torze w Togliati, w trakcie rozgrywek o Drużynowy Puchar Europy.
 
TNP: Myślę, że na początek najlepiej będzie zapytać Cię o to, ile czasu tak na prawdę musiałeś poświęcić i jak mocno sie starać, aby na jeździć na żużlu?
 
Grzegorz Dzik: Najpierw uczęszczałem do szkółki żużlowej przez trzy lata. Wtedy przygotowywano nas praktycznie od zera. Uczyliśmy się jak odpowiednio należy przygotować swój sprzęt do treningu. Następnie nadszedł czas na szkolenie w jeździe. Na początku była to jazda 'na sucho'. Otrzymaliśmy motor i specjalną linkę, aby móc wyćwiczyć odpowiednią sylwetkę. Dopiero później przyszedł czas na jazdę na małych motocyklach, takich z jakich obecnie korzystają koledzy, którzy mają po 8-10 lat. Cały czas udoskonalaliśmy utrzymywanie sylwetki. Z czasem udało się w pełni opanować jazdę ślizgiem kontrolowanym, więc dostaliśmy szansę skorzystania z bardziej profesjonalnego, w miarę dobrego sprzętu. Był to stary model 'Jawy' (obecnie Jawa i GM są głównymi rywalami na rynku silników przeznaczanych do zawodów żużlowych. Każdy zawodnik posiada swoją ulubioną firmę. Wszyscy utrzymują, że różnica choćby w czułości maszyn jest znaczna - przyp. red.), który musieliśmy w odpowiedni sposób przygotować. Kiedy na tych mocniejszych maszynach udało nam się w pełni kontrolować jazdę, klub przeznaczył dla nas motocykle podobnej klasy, jakie dostają nasi koledzy z czołówki światowej. Musieliśmy o niego we własnym zakresie dbać, tak, aby wyglądać jak rasowi zawodnicy, nie tylko w sprawie motocykla, ale także nas samych.

 

TNP: Kiedy zaczynałeś swoją przygodę z żużlem, to ile miałeś lat? Jak do tego wszystkiego podchodzili rodzice?

GD: Treningi w szkółce rozpocząłem mając 14 lat. Jeśli chodzi o zapisanie się do niej, to w domu były pewne problemy. Pojawiały się rozmowy, w których rodzice mówili, że będę miał złamany kręgosłup, że będę jeździł na wózku inwalidzkim, co w pewnym sensie się sprawdziło. Po długich rozmowach i namawianiu obojga rodziców, z tatą postanowiliśmy posunąć się do pewnego podstępu, aby przekonać moją mamę, bo to ona najbardziej nie chciała moich startów.
Ale na początku to wszystko było zabawą i tak to traktowaliśmy, do momentu, kiedy nie stanęliśmy wspólnie na starcie i nie zaczęliśmy się ścigać.

 

TNP: Bardzo mnie zaciekawiłeś częścią swojej wypowiedzi. Czy możesz mi powiedzieć na czym polegał ten podstęp?

GD: Ponieważ tak bardzo się sprzeciwiała, postanowiliśmy z tatą, że podstępem zabierzemy ją na stadion. Pod pretekstem zakupów tata zabrał mamę do trenera i wtedy już nie miała wyjścia. Musiała podpisać zgodę na moje treningi. Co ciekawe, we wszystko wtajemniczony był trener. Wspólnie przekonali mamę i spełniły się tym samym moje marzenia.

 

TNP: Czy później Mama nie żałowała swojej decyzji? Pomijam w tym momencie wypadek w Rosji, szczególnie brzemienny w skutkach. Taka ‘zabawa’ zabiera zapewne bardzo dużo czasu i nie ma się go za wiele na przyjaciół...

GD: Tak, to prawda, że jako młodzi zawodnicy bardzo dużo czasu musimy poświęcać na doskonalenie własnych umiejętności. Chcemy realizować swoje marzenia, tak, aby później móc dojść do jak najlepszej formy. Mamy w drużynie praktycznie najlepszych zawodników na świecie, więc mamy od kogo się uczyć, kogo podglądać i w ten sposób staramy się dochodzić do podobnych osiągnięć jak oni. Wiadomo, że mamy wiele wyjazdów, wiele swoich wolnych chwil musimy poświęcić na sprzęt, ale na rodzinę również znajdzie się czas.

 

TNP: Ile czasu w ciągu tygodnia poświęcałeś na treningi?

 

GD: Treningi średnio były 2 razy w tygodniu. Oczywiście, jeśli w terminie zajęć na stadionie wypadały zawody, to jechaliśmy na nie. Wyjazd na taką konfrontację z innymi zawodnikami, lepszymi od nas daje o wiele więcej niż trening na tym samym torze. Wiadomo, że między czasie musimy się też uczyć, aby zdobyć wykształcenie, bo na żużlu nie będziemy się ścigać do końca życia. Ale poza szkołą jesteśmy tutaj praktycznie codziennie. Niestety jest mało czasu na rodzinę, prawie wcale na przyjaciół.

 

TNP: Jak młody zawodnik radzi sobie finansowo? Sponsorzy nie przychodzą na wyciągnięcie ręki, a z czego utrzymać się trzeba.

 

GD: Do licencji jesteśmy amatorami i zawodnikami klubu. To on nas utrzymuje, udostępnia sprzęt, ubrania i w zamian za to, przez trzy lata reprezentujemy jego barwy. Mają nasze karty i praktycznie decydują o naszym losie. Po tym czasie sami decydujemy o tym gdzie i w jaki sposób chcemy dalej walczyć na polskich torach. Nasza pomoc w klubie nie ogranicza się tylko do spraw ściśle związanych z naszymi treningami. W razie problemów z pogodą pomagamy przy przygotowaniu toru, pomagamy przy montażu band pneumatycznych itp.

 

TNP: Co czułeś, kiedy pierwszy raz pojawiłeś się na poważnych zawodach, po prawej i po lewej stronie miałeś swoich przeciwników i zaczynałeś walkę o swoje miejsce w polskim świecie żużla?

 

GD: Pierwsze zawody miałem w Rybniku. Były to rozgrywki zaplecza kadry juniorów. Pojechaliśmy tam razem z Kamilem Zielińskim i spisaliśmy się dość dobrze. Na początku mieliśmy pewne problemy, gdyż nawierzchnia i geometria toru są nieco inne niż w Tarnowie. Po kilku okrążeniach jednak opanowaliśmy sytuację i stanąłem przed taśmą. Uświadomiłem sobie, że od tej pory jestem zawodnikiem, od którego będzie się wymagało coraz więcej.

 

TNP: Uważasz, że doping na trybunach rozprasza czy pomaga?

 

GD: Kiedy jesteśmy w trakcie zawodów, to skupiamy się na jednym celu. Chcemy walczyć, zrobić to co do nas należy i później móc z czystym sumieniem iść do domu. A to, że mamy wielu wspaniałych kibiców, na trybunach znakomitą atmosferę, to tylko dopinguje nas do walki o jak najwyższe trofea.
Bardzo miło jest każdemu z nas, kiedy w parkingu słychać skandowaną nazwę klubu, lub też nazwisko żużlowca, któremu akurat nie idzie i musi się szybko zmobilizować. Zwłaszcza młodzi zawodnicy potrzebują takiego wsparcia. Kibice pokazują, że tak samo traktują Tomka Golloba, jak też nas, młodych, dzięki czemu jesteśmy jeszcze bardziej zmotywowani do walki.

 

TNP: Co możesz nam powiedzieć o wypadku w Rosji? Zaraz po nim, pojawiło się wiele spekulacji dotyczących tego, kto zawinił,  jak powinien postąpić jeden czy drugi zawodnik i czy była możliwość uniknięcia tej tragedii. Jak odbierasz to po analizach?

GD: Na początku się zastanawiałem czy to może jest moja wina. Nie pamiętałem za wiele. Część osób twierdziła, że wypadek był z mojej winy, inni temu zaprzeczali. Dzisiaj wiem, że to nie ja zawiniłem w tamtym biegu, ale osoba, która spowodowała ten upadek, też nie zrobiła tego umyślnie. Mimo to, są pewne granice, których w walce nie można przekraczać, nawet jeśli bardzo chce się udowodnić, że jest się zdecydowanie lepszym od rywali.
Tym razem niestety Karpov przesadził, co doprowadziło czterech zawodników do bardzo poważnych kontuzji. Na szczęście znalazł się później transport, który pozwolił mi dojechać bezpiecznie do Polski. Bardzo dziękuję szczególnie Januszowi Kołodziejowi, który użyczył mi swojego samochodu, umożliwiając dojechanie do Tarnowa, po tym, jak mechanicy Leigh Adamsa przewieźli mnie przez pozostałą część trasy.

 

TNP: Jak długo jeszcze będziesz musiał poddawać się zabiegom rehabilitacyjnym?

 

GD: Gorset będę musiał nosić jeszcze przez około dwa miesiące. Jest to też część rehabilitacji. Później czekają mnie liczne zabiegi i dopiero później przystąpię do przygotwań razem z moimi klubowymi zawodnikami.

 

TNP: Czy na zakończenie chcesz podziękować komuś, kto bardzo Ci pomógł i nadal pomaga?

GD: Chciałbym podziękować kibicom i nie tylko. Również sponsorom, którzy bardzo mocno wspierali mnie w tym i mam nadzieję kolejnym sezonie. Chciałbym podziękować również Robertowi Wardzale, który mimo tego, że nie musi poświęcać mi swojego czasu, robi to bardzo chętnie i jest gotów wspierać nas w miarę możliwości. Dziękuję również działaczom, którzy pomagają nam jak tylko mogą w transporcie, treningach, udostępniają nam pomieszczenia.
Dziękuję również rodzinie. Postaram się już nie wywracać. Oczywiście nic nie mogę obiecać, ale myślę, że będzie dobrze.

 

TNP: Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

GD: Również dziękuję.

 

mat
 

%%br%%

Komentarze...