Z rozmowy ze Stuhrem słów kilka
access_time 2005-12-16 21:35:47
Podczas wczorajszego spotkania z Jerzym Stuhrem nie można było przegapić okazji do krótkiej z nim rozmowy. Aktor, reżyser i scenarzysta z chęcią i cierpliwością odpowiadał na pytania. Poniższy wywiad jest zebraniem odpowiedzi gościa honorowego na pytania zadawane przeze mnie, bądź też przez inne osoby obecne na spotkaniu.
 hspace=tarnow.net.pl- Jesteśmy na Festiwalu „Vitae Valor”, czyli Wartość Życia. Co jest dla Pana tą wartością? Jaka jest Pana vitae valor?


Jerzy Stuhr - To jest trudne pytanie. Dla mnie wartością jest z pewnością to, że mogę mówić do ludzi, że mogę się dzielić z ludźmi sobą. To wszystko dzięki filmowi, który mi to dał, troszkę teatr – choć to już mniejsza widownia, ale przez całe życie dzielę się sobą z ludźmi. I to, że ci ludzie chcą mnie wysłuchać na chwilę, bo przecież to jest ulotne, to jest tylko na chwilkę, że komuś mogę dać radość, ulgę, satysfakcję, że ktoś może na ekranie odnaleźć się ze swoimi problemami, to jest dla mnie największa radość. Jestem dla ludzi.

 

tnp  - Tematem tegorocznego festiwalu jest starość. Jak będzie wyglądała emerytura Jerzego Stuhra i czy w ogóle taka nastąpi?


JS - Ale tematem tego festiwalu jest też nadzieja. (śmiech – przyp. KG) Więc zanim o starości, to jeszcze o nadziei. Bo to jest mój konik poważny, że ja w każdym filmie, w każdej mojej produkcji, cokolwiek robię zawsze staram się dać nadzieję. Oczywiście moje tematy czasem są przykre, smutne, opowiadające o słabości ludzkiej. Trudno poruszając taki temat dać nadzieję, ale zawsze staram się na końcu, choćby minimalnie, zrobić tak, by widz wyszedł z kina z jakąś nadzieją. „Historie miłosne” – ten spacer ostatni księdza z córką, to jest nadzieja. Ktoś wziął krzyż na siebie. Ten tekst gdy ksiądz patrzy na krzyż i mówi: „To Ty do mnie z nią przyszedłeś.” I to mi podpowiedział o. Kłoszowski. Weź ten krzyż. Czy jesteś księdzem czy nie – weź krzyż. Jesteś chrześcijaninem. W „Tygodniu z życia mężczyzny” najtrudniej było, bo tam już rzeczywiście ogromny smutek tematów, a jednak na końcu to zdanie wypowiedziane do dziennikarki, że kiedy śpiewam czuję się lepszy. Poprzez sztukę człowiek może stać się lepszym. Ja tak przynajmniej czuję. Cień nadziei. W „Dużym zwierzęciu” te zwierzęta na końcu oblizujące Dymną i mnie – to jest jakaś nadzieja, że przynajmniej zwierzaki cię zrozumieją. (śmiech – przyp. KG) W „Pogodzie na jutro” to cała ostatnia sekwencja, kiedy ten brodaty kloszard chodzi i widzi, że te dzieci jednak po tych katastrofach, po tym szpitalu groteskowym jednak gdzieś wyszły na ludzi. I jakąś drogę obrały pozytywną nadziei. Bardzo się cieszę, że jestem tu dzisiaj z wami i że tematem waszego festiwalu była nadzieja, bo ja się podpisuję pod nadzieją. Mimo strasznie czasem trudnych, smutnych tematów, które podejmuję, to ciągle jestem za człowiekiem. Wierzę, że może być lepszym. To jest moja głęboka wiara. I wtedy myślę sobie, że mogę go pokazywać czasem dość okrutnie ze wszystkimi słabościami, ze wszystkimi mankamentami, bo wierzę, że on może  przejrzeć.
A starość? No to krótko załatwię. Ciągle mi przyświeca zdanie profesora Bardiniego – to był taki aktor, wspaniały profesor aktorstwa, który na pytanie dziennikarza o starość odpowiadał: „Przygotowuję się do niej od piętnastu lat”. Więc ja też się przygotowuję do starości od piętnastu lat. Co to znaczy?  To znaczy, że trzeba umieć dobrze obserwować innych. Już nie uczestniczyć, obserwować. Ja się do tej obserwacji przygotowuję.

 

 hspace=tnp - Wracając do przeszłości. Co Panu dała praca z Krzysztofem Kieślowskim i czy dzisiaj z tej pracy Pan czerpie.


JS - Na pewno ukształtował moją estetykę filmową. Jeśli idzie o film, to miał na mnie wpływ przemożny. Najprostszy przykład: ja nie grywam w filmach kostiumowych. Krzysztof Kieślowski mi zawsze mówił: „Wiesz, masz taką ogromną szansę w filmie wyrazić siebie. Powiedzieć coś więcej niż jako aktor”. Jakbym ja się ubrał w kontusz i wąsy przypiął i szablę, nie wyobrażam sobie siebie z wąsikami i szablą przed kamerą filmową. W teatrze  proszę bardzo, zrobię wszystko, to jest cudowna transformacja, kreacja. Dzisiaj rano dla ludzi młodych grałem Ryszarda III, potwora straszliwego. I ja to wszystko zrobię, ale w kinie nie. I  to jest nauka Kieślowskiego. Nauczył mnie też takich rzeczy technicznych: współpracy z ekipą, współpracy z aktorem. To, że w ogóle opowiadam o ludziach, to jest z Kieślowskiego. Często pada pytanie: gdzie są różnice? Ja nie mam w sobie metafizyki Kieślowskiego, te tematy są mi obce. Nie dyskutowaliśmy na temat wiary. On szukał wiary, ja ją mam w sobie. Ja nawet nie potrafię wytłumaczyć mojej wiary. Ona jest prosta. Dziękuję Bogu za każdy dzień i cześć. Nic więcej nie chcę. A on się spierał, on szukał, on to zgłębiał. To był zupełnie inny człowiek ode mnie. I to są różnice ogromne. Ja wiem, co od niego wziąłem: to pochylenie się nad człowiekiem, pochylenie się nad słabościami ludzkimi

 

tnp - A co z członkostwem w Europejskiej Akademii Filmowej. Czy znacznie wpłynęło na Pana twórczość?


JS - Na pewno wpłynęło, bo dało mi okazję oglądania tak wielu filmów, których wy np. nie możecie oglądać. Bo nie są dystrybuowane w Polsce. Ja je oglądam. Mam je wszystkie w domu, więc cały czas oglądam, co inni  robią, jak kombinują. To mi dużo dało. Jaka jest twórczość europejska.

 

tnp - Co się stało, że po 23 latach pracy aktorskiej zdecydował się Pan na wyreżyserowanie pierwszego filmu? hspace=


JS - To jest pokusa wzięcia większej odpowiedzialności. Odpowiedzialność aktora jest jednak tylko cząstkowa.

 

tnp - Co ceni Pan bardziej: pracę w teatrze czy pracę przy filmie? Woli Pan być aktorem, a może reżyserem?


JS - Bardziej cenię pracę w teatrze, bo jest trudniejsza. A co do aktorstwa i reżyserowania: raz tak, raz tak. Jak mam coś do powiedzenia jako reżyser, to chcę być reżyserem, a kiedy chcę coś ludziom od serca powiedzieć, bo aktor to jest od uczuć, to wtedy chcę być aktorem.

 

tnp - Reżyserowanie, aktorstwo, tworzenie scenariusza – to Pana sposób by pokazać się światu takim jakim Pan jest naprawdę, czy raczej sposób na to, żeby ukryć się przed światem?


JS - Nigdy nie pokażę jakim jestem naprawdę. A jeśli chcę pokazać, to poprzez siebie innego człowieka. Na obraz i podobieństwo swoje. (śmiech – przyp. KG)

 

tnp - Czyli chce Pan powiedzieć, że jeszcze Pana nie znamy?


 hspace=JS - Nigdy mnie nie poznacie.

 

tnp - Nawet po przeczytaniu książki?


JS - Częściowo.

 

tnp - Czy Pan jako młody aktor nie bał się zaszufladkowania?


JS - Bałem się. Dlatego uciekałem bez przerwy z tych szufladek. Ale i tak ciągle mnie z tą „Seksmisją” będą kojarzyć.

 

tnp - Czy zgodziłby się Pan na rolę w jakimś sitcomie lub serialu telewizyjnym?


JS - Nie, bo to mnie nudzi.

 

tnp - A jak Pan reaguje na to, że syn gra w serialach?


JS - A on gra w serialach? Jakich? (śmiech – przyp. KG) On się uczy. To był serial kręcony filmowo. To jest ciągle dla młodego aktora ważne, zwłaszcza, że on nie ma tylu propozycji, co ja miałem. W związku z tym nauka zawodu dla niego jest ważna, bycia przed kamerą, poznania siebie przed kamerą.

 

tnp - Co jako Rektor radzi Pan młodym studentom, którym marzy się kariera pokroju kariery Jerzego Stuhra?


JS - Przede wszystkim pokory radzę. Chciałbym ich przestrzec przed samouwielbieniem, by nie przedkładali popularności nad umiejętności. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Nie mogą dać się ponieść popularności, bo dzisiaj bardzo łatwo jest tę popularność zdobyć. O wiele łatwiej niż za moich czasów. Za  moich czasów też można było tylko, że myśmy tego w ogóle nie cenili. Popularność dla nas była czymś podejrzanym, a dzisiaj młodzi ludzie motywują swoje bycie popularnością. Teraz się liczą pieniądze, kontrakty, a dla nas to w ogóle nic nie znaczyło. Pamiętam jak w szkole teatralnej chcieliśmy być sławni, a nie popularni, bo popularny to był ten, co zapowiadał pogodę. Piosenkarka była popularna.

 

tnp - Czy syn usłyszał od Pana taką samą radę?


JS - Ciągle mu o tym przypominam, żeby nie zapomniał. On jest bardzo popularny, a przecież ma świadomość, że jeszcze wiele przed nim do zrobienia.

 

tnp - Czy myślał Pan o tym, żeby napisać jakiś scenariusz tylko dla syna?


 hspace=JS - Nie. Piszę scenariusz bo chcę coś powiedzieć ludziom, a potem dopiero kombinuję kto w nim może zagrać.

 

tnp - Pracuje Pan teraz nad czymś?


JS - Trzy dni temu miałem premierę w teatrze. Dajcie odpocząć trochę. (śmiech – przyp. KG) A poza tym zaczynam pisać nowy scenariusz. O młodych ludziach będzie.

 

tnp - Czego możemy się spodziewać?


JS - O miłości będzie, o szukaniu miłości, o szukaniu siebie. Ale ja już w tym filmie nie będę grał. To będzie pierwszy film, w którym nie zagram.

 

tnp - A czy wiadomo już kto zagra?


JS - Nie wiadomo, ależ skąd. Jeszcze scenariusza nie ma, to dopiero nowelka napisana zaledwie. Ja sobie wyobrażam, jak oglądam was, młodych ludzi wszędzie w Polsce, na świecie. Widzę typy bohaterów, ale aktorów jeszcze nie mam.

 

tnp - Jeżeli miałby Pan wybrać jedną nagrodę, których Pan tak wiele otrzymał czy jest jedna, która sprawiła Panu szczególną satysfakcję?


JS - Nie wiem. Chyba pierwsza. Za „Spis cudzołożnic”, nagroda specjalna, bo dodała mi odwagi, że ktoś mnie w ogóle uznał, że przestałem być tylko aktorem. To była ta pierwsza, która ci dodaje odwagi. Jak również za „Historie miłosne” za granicą, pierwsza nagroda w Wenecji, bo to znowu dodało odwagi wystartować w świat.

 

tnp - Nagrody międzynarodowe. Czy są ważniejsze niż te przyznawane w kraju?


JS - Nie. Czasem jest tak różnie. Najbardziej mnie stymulują nagrody młodzieżowych kręgów. Mój problem polega na tym, że mój świat, oglądanie świata przeze mnie już jest troszkę inne niż wasze. I cały czas jest ta obawa, że ja stracę z wami kontakt. Bo stracę któregoś dnia na pewno go stracę. Ciągle się łapię na tym czy jeszcze do was mówię, czy wy rozumiecie, czy pracujemy na tych  hspace=samych falach. Oczywiście pomaga mi to, że jestem pedagogiem, że od 30 lat, co roku mam z ludźmi młodymi na co dzień do czynienia. Dlatego odważam się następny film zrobić o ludziach młodych, bo mam jakiś bagaż informacji na temat tej młodzieży, ale to jest mój problem. I dlatego jeśli jakieś młodzieżowe jury mnie nagrodzi i dostrzeże, to jestem szczęśliwy. To znaczy, że jeszcze ciągle jestem dla nich elektryzujący.

 

tnp - Czy otrzymanie w 1994 roku tytułu profesora wpłynęło jakoś na Pana pracę jako pedagoga?


JS -Pensję mam wyższą. Rodzice moi by się cieszyli jakby żyli, bo oni zawsze uważali, że aktor to trochę podrzędniejszy zawód, a profesor to profesor. Poza tym nic.

 

 

Karolina Gorczyca

Komentarze...