Komendant tarnowskiej straży miejskiej pod ostrzałem. Padły poważne oskarżenia, m.in. o mobbing i rozrzutność
access_time 2021-04-26 13:42:00
Anonimowi funkcjonariusze straży miejskiej oskarżają komendanta Krzysztofa Tomasika o mobbing, niegospodarność, powoływanie się na wpływy i autokratyzm. Komendant wszystkiemu zaprzecza.

Do radnych i prezydenta Tarnowa wpłynął list, w którym grupa anonimowych funkcjonariuszy straży miejskiej zarzuca swojemu szefowi szereg nieprawidłowości. Z pisma wyłania się obraz Krzysztofa Tomasika jako osoby toksycznej, despotycznej, rozrzutnej i naginającej zasady etyczne. Strażnicy oskarżają go m.in. o mobbing, zastraszanie pracowników, prowadzenie autokratycznego systemu zarządzania i rozrzutność (piszą, że zakupiony dron służy mu tylko "do zabawy", przy czym przez nieumiejętne sterowanie został uszkodzony, a jego naprawa wyniosła kilka tysięcy złotych). Skarżą się również, że komendant powoływał się na znajomości z wysoko postawionymi ludźmi (według autorów listu Tomasik miał chwalić się przyjaźnią z przewodniczącym rady miejskiej Jakubem Kwaśnym, "który jest w stanie dla niego załatwić pracę w Zakładach Azotowych"). Wypominają mu też, że zwolnił długoletnich funkcjonariuszy z dobrą opinią, a foruje pracowników mających na koncie m.n. sprawy w sądzie.

Komendant Krzysztof Tomasik podczas ostatniej sesji rady miejskiej odnosił się do konkretnych zarzutów, wszystkiemu zaprzeczał i twierdził, że list napisany przez rzekomych funkcjonariuszy jednostki jest zbiorem pomówień. Autorstwo pisma próbował z kolei kwestionować radny Sebastian Stepek. - Mam wątpliwości, czy to w ogóle pisała osoba ze straży miejskiej. Chodzi o niektóre zarzuty, takie jak np. zakup drona, czy samochodu elektrycznego. Wszyscy wiemy, a zwłaszcza pracownik staży miejskiej powinien wiedzieć, że jeżeli chodzi o zakup drona to nie był to wniosek komendanta, tylko z tego co pamiętam, radnego Olszówki, którego już z nami nie ma. Z kolei zakup samochodu elektrycznego wynika z przepisów ustawy o elektromobilności - mówił Sebastian Stepek. Radny zaproponował też, by na najbliższe posiedzenie komisji rewizyjnej zaprosić związki zawodowe, by "skonfrontować zarzuty już nieanonimowo, ale twarzą w twarz i dowiedzieć się jak naprawdę wygląda atmosfera w staży miejskiej." Nie wiadomo jednak, czy do tego dojdzie. Wątpliwości w tej kwestii wyraziła m.in. Anna Krakowska, przewodnicząca komisji rewizyjnej. Radna uważa, że komisja nie powinna zajmować się tego typu sprawami, jak sama przyznała - nie wie też jak miałaby wyglądać taka kontrola i jej zdaniem jest to "od strony pragmatycznej awykonalne." Do sprawy oskarżeń będziemy wracać.

Podczas sesji komendant Tomasik tłumaczył się też radnym ze słynnej już interwencji z hot dogiem, po której na straż miejską wylała się fala hejtu. - Jest mi niezmiernie przykro, że część społeczności lokalnej nas nie rozumie i ocenia nas szorstko, nie znając tak naprawdę okoliczności naszej działalności. Jeśli chodzi o hot doga, to nie jest tak, że strażnicy, którzy w tym momencie podejmowali interwencję, kierowali się hot dogiem i to on stanowił problem. Proszę państwa, z chwilą gdy strażnicy podchodzili do tego mężczyzny, a wcześniej zostali poinformowani przez mieszkańców, że w najbliższym ich sąsiedztwie jest mężczyzna który stoi bez maski, czyli była to interwencja społeczna, zaczął on używać w ich kierunku przekleństw. Nie może być tak, że strażnik w tym momencie odwróci się na pięcie i odejdzie, jakby nigdy nic się nie stało. Strażnicy podeszli do tego pana z prośbą, aby ten się wylegitymował i wtedy nastąpiła cała ta eskalacja. Mężczyzna nie chciał się wylegitymować, nie chciał podać danych, podnosząc że żadnych kompetencji w tym zakresie staż miejska nie posiada. Summa summarum skończyło się to tak, że mężczyzna został przewieziony do policji celem ustalenia danych - mówił Tomasik.

Zdaniem przewodniczącego rady miejskiej Jakuba Kwaśnego, strażnicy miejscy powinni zostać wyposażeni w wideorejestratory, które byłyby pomocne w interpretacji tego typu niejednoznacznych sytuacji. Zwrócił też uwagę, by powstrzymać się z ferowaniem wyroków w sytuacji, gdy nie jest znany pełny obraz zdarzenia. Jako przykład podał słynną na całą Polskę interwencję policjantów w jednym z jeleniogórskich autobusów. Gdy w sieci pojawił się film, na którym widać, że mężczyzna na oczach dwójki przerażonych dzieci zostaje obezwładniony przez mundurowych, skuty kajdankami i siłą wyciągnięty z pojazdu, na policję spadł ogromny hejt. Nienawistne komentarze przycichły jednak, gdy okazało się, że mężczyzna był poszukiwany, pijany i niezwykle agresywny.

- Może warto byłoby wyposażyć strażników miejskich w wideorejestratory. Z chwilą gdy widzą, że interwencja zmierza w niebezpiecznym kierunku, bo na przykład będzie wymagała użycia siły, lepiej byłoby mieć w tym momencie własne nagranie - mówił Kwaśny. - Powinniśmy mieć świadomość, że w sieci jest wiele nagrań żywo zmanipulowanych, tzn. pokazujących tylko jedną stronę, a nie pokazujących tego jak faktycznie dana osoba się zachowywała przed podjęciem interwencji. Ja pamiętam takie wydarzenie z autobusu. Przez dwa dni mieliśmy ogromny hejt w Polsce na policję, a po dwóch dniach okazało się że mężczyzna wcześniej się awanturował przy dzieciach i spożywał alkohol w autobusie. To nagranie zupełnie inaczej wyglądało kiedy zostało przedstawione w całości. Dziś gdybyśmy mieli takie nagranie z tamtej sytuacji z hot dogiem, poprzedzające tę interwencję, być może nasza ocena byłaby inna - zaważył radny.

Fot. screen

Komentarze...