Magda Umer i Andrzej Poniedzielski w Skrzyszowie
access_time 2008-01-04 11:22:33
Rok 2008 zaczyna się w Gminnym Centrum Kultury i Bibliotek wyjątkowym zdarzeniem artystycznym – w Skrzyszowie wystąpią: Magda Umer i Andrzej Poniedzielski. Ci znakomici i lubiani wykonawcy przygotowali spektakl słowno-muzyczny „Chlip hop, czyli nasza mglista lap-top lista”, który wspólnie wyreżyserowali i oboje w nim występują. Od chwili premiery, która miała miejsce w styczniu 2007 w Teatrze Ateneum w Warszawie, spektakl cieszy się powodzeniem u widzów i uznaniem krytyków.

Na scenie Ona i On. Rozmawiają. „Grają”, że są w odrębnych, oddalonych od siebie pomieszczeniach swojej codzienności. Rozmowa ma odcień swobodnej pogawędki na przeróżne tematy. Opowiadają o otaczającej nas rzeczywistości, o najprostszych sprawach, którymi żyjemy, o tym, co ważne i nam bliskie. Ale nie utyskują! Korzystając z przynależnego ich wiekowi „rozkwitu dojrzałości” – z żartobliwym dystansem próbują sprawdzić, które z ich „najważniejszych mniemań” można by (gdyby ktoś chciał) przenieść w nowe czasy. Jako znaki „ich” epoki – przywołują piosenki. Śpiewają je. Sobie nawzajem i w wyimaginowanych (z racji konwencji osobności) duetach. I tyle tylko, że ta intymna rozmowa początku XXI wieku odbywa się nie przez telefon, ale przez… Skype’a – popularny komunikator internetowy.

Na scenie Ona i On. Rozmawiają. „Grają”, że są w odrębnych, oddalonych od siebie pomieszczeniach swojej codzienności. Rozmowa ma odcień swobodnej pogawędki na przeróżne tematy. Opowiadają o otaczającej nas rzeczywistości, o najprostszych sprawach, którymi żyjemy, o tym, co ważne i nam bliskie. Ale nie utyskują! Korzystając z przynależnego ich wiekowi „rozkwitu dojrzałości” – z żartobliwym dystansem próbują sprawdzić, które z ich „najważniejszych mniemań” można by (gdyby ktoś chciał) przenieść w nowe czasy. Jako znaki „ich” epoki – przywołują piosenki. Śpiewają je. Sobie nawzajem i w wyimaginowanych (z racji konwencji osobności) duetach. I tyle tylko, że ta intymna rozmowa początku XXI wieku odbywa się nie przez telefon, ale przez… Skype’a – popularny komunikator internetowy. Jeden z krytyków pisał: „Chlip hop” to zaproszenie do krainy łagodności Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego – wieczór niezwykły, pełen poetyckiego nastroju i jesiennej zadumy. Przedstawienie ma przewrotny tytuł „Chlip hop”, sugerujący coś w pół drogi pomiędzy hip hopem a chlipaniem. To jedno z tych magicznych widowisk poetyckich, do których w dzisiejszej, dość prozaicznej rzeczywistości, bardzo się tęskni. Umer, zwana przez Agnieszkę Osiecką Elfem Zielonookim, i Poniedzielski, przypominający pełnego melancholii Pierrota, snują na scenie „historię o życiu niewesołą, choć pogodnie opowiedzianą”, gdzie inteligencja i poczucie humoru doprawione zostały szczyptą melancholii. Para zatopiona w poezji próbuje znaleźć dla siebie azyl w świecie bezdusznej techniki.
Flirtują przy komputerach, wykorzystując teksty Magdy Czapińskiej, Jeremiego Przybory, Wojciecha Młynarskiego i Andrzeja Poniedzielskiego. Są w spektaklu również piosenki oraz pastisze światowych przebojów. Wszystko to stanowi spotkanie dwu języków, dwu światów. Wprowadzenie do języka poezji określeń komputerowych daje takie efekty jak np. „Starość musi się wyszumieć... i zalogować”.


Magda Umer i Andrzej Poniedzielski wystąpią w spektaklu „Chlip hop, czyli nasza mglista lap-top lista” 19 stycznia 2008 (sobota) w sali Domu Strażaka w Skrzyszowie o godz. 17. Wstęp na przedstawienie – wyłącznie za zaproszeniami, które można bezpłatnie odbierać w Gminnym Centrum Kultury i Bibliotek w Skrzyszowie (33-156 Skrzyszów 638, tel. 0-14 674-55-08).





Chlip hop, czyli nasza mglista lap-top lista

Rozmowa z Magdą UMER i Andrzejem PONIEDZIELSKIM



– Od kiedy przyjaźni się Pan z Magdą Umer?
A.P.: – Od 30 lat. Bliżej współpracujemy od ponad roku, co zaowocowało tym spektaklem. Cenimy siebie wzajemnie za podobne poczucie humoru, podobną drogę twórczą i skłonności do wykonywania pieśni nieradosnej oraz piosenek pisanych po coś. Do spektaklu wybraliśmy utwory, które lubimy śpiewać, nie oglądając się na to, że nie zawsze są wesołe. Większość piosenek reprezentuje smutek pogodny, czyli taki z dystansem do rzeczywistości, co moim zdaniem jest warunkiem przetrwania.
– O czym opowiada Wasz spektakl?
M.U.: – Rzecz dzieje się współcześnie. Każdy z bohaterów jest w swoim domu, siedzi przy komputerze. Bo przecież w ten sposób się dziś porozumiewamy, przy pomocy Internetu. I opowiadamy sobie o różnych sprawach, które nas interesują, bolą, zachwycają, cieszą i martwią. Zwierzamy się sobie ze swoich różnych dziwnych stanów, które są także, mam wrażenie, znane i tym, którzy zasiądą na widowni. I śpiewamy. A odbywa się to wszystko w sposób bardzo naturalny. Tak jak w „Zimy żal” śpiewałam „O, Romeo” Jeremiemu do telefonu, tak teraz śpiewam Andrzejowi przez Skype. Rozmawiamy ze sobą jako my, prywatne osoby: Magda Umer, Andrzej Poniedzielski i Wojtek Borkowski – ludzie, którzy są już po pięćdziesiątce, co najmniej, i którzy już sporo słyszeli, widzieli, przeżyli i zrobili.
To będzie taki wieczór smutno- wesoły. Czasami bardziej pogodny, czasami mniej, ale nie dołujący. Ten wieczór ma to do siebie, że jest za każdym razem nieco inny. Bo scenariusz się zmienia. Ustalamy tylko kolejne hasła – o czym będziemy mówić, a potem improwizujemy, lubimy się nawzajem zaskakiwać.
A tytuł spektaklu „Chlip hop” to – jak mówi Andrzej – nasza odpowiedz na hip hop.
– Jak narodził się pomysł tego spektaklu?
M.U.: – Staszek Tym, Andrzej Poniedzielski i ja występowaliśmy z okazji jakiegoś jubileuszu w szczecińskim Teatrze Polskim. Każde z nas przygotowało minirecital, ale ponieważ wieczór miał być francuski, dyrektor Adam Opatowicz zapytał, czy nie znamy jakiejś francuskiej piosenki. Andrzej przypomniał sobie, że napisał polskie słowa do słynnego przeboju „Emmanuelle”. W ciągu dwóch godzin w pokoju hotelowym przygotowaliśmy ten utwór. Zaśpiewaliśmy go później na scenie i usłyszeliśmy, że bardzo spodobał się publiczności. To nas zachęciło do dalszej wspólnej pracy.
– W spektaklu znalazły się teksty Jeremiego Przybory, Wojciecha Młynarskiego, Jonasza Kofty...
M.U.: – Wybieraliśmy swoje ulubione piosenki. Śpiewamy piękne, mądre, wspaniałe przeboje tych autorów. Jest też sporo piosenek Andrzeja Poniedzielskiego. Andrzej napisał też kilka nowych, wspaniałych tekstów do znanych melodii, m.in. do „Dance Me to the End of Love” Leonarda Cohena.
Ten spektakl, w przeciwieństwie do Pana programów kabaretowych, został w pełni wyreżyserowany?
A.P.: – Mamy pewną drabinkę zdarzeń, po której się poruszamy. Piosenki są przygotowane, ale reszta toczy się mimowolnie na scenie.
– Kto kogo bardziej reżyserował?
A.P.: – Jesteśmy trudno reżyserowalni. Na scenie zachowujemy się naturalnie, nie udajemy i za mocno nie wymyślamy. Środek ciężkości spektaklu umieszczony został w naszych rozmowach, które dotyczą wszystkiego, od przemijania począwszy, na drobnych gustach i guścikach skończywszy. Rozmawiamy, a nie dyskutujemy. Dyskusja wynika z chęci mówienia. Rozmowa to chęć słuchania i ewentualnego mówienia
Czy ściśle trzymacie się Państwo scenariusza?
M.U.: – To nasz autorski spektakl, więc możemy mówić własnym językiem i zawsze coś dodać. Lubimy się nawzajem zaskakiwać, a dzięki temu przedstawienie staje się żywsze.
Jesteście Państwo sami dla siebie scenografią?
A.P.: – Można tak powiedzieć. Mamy stoliki, krzesła, a przed sobą laptopy. Przyjęliśmy konwencję, że rozmawiamy przez Skype, ale niespecjalnie kłaniamy się technologii XXI wieku.
– Inna wersja „Samotności w sieci”?
A.P.: – Nie sugerowaliśmy się tym hitem. XXI wiek uzmysłowił nam, jak niestety i jak na szczęście jesteśmy samotni. Podczas spektaklu rzeczywiście obsługujemy sprzęt komputerowy. Nie udaję, bo używam laptopa, nawet wysyłam e-maile i robię mnóstwo rzeczy, o które bym siebie nie podejrzewał.
Na co dzień także za pomocą nowych mediów kontaktuje się Pani z przyjaciółmi?
M.U.: – Korzystam z Internetu i Skype'a, bo jestem matką dwóch synów: 21- i 29-letniego. Prowadzę swoją stronę internetową, odpisuję na e-maile, a z Andrzejem Poniedzielskim od października mamy wspólnego bloga. Gdyby mnie o to zapytano pięć lat temu, powiedziałabym, że w życiu nie włączę komputera. Myślałam, że zostanę starodawną kobietą, która używa wyłącznie maszyny do pisania.
- „Chlip-Hop” to spektakl na każdą salę, każde deski?
A.P.: – Nasze przedstawienie ma kameralną formę. Nie jesteśmy aktorami, nie potrafimy podkreślać swoich wypowiedzi gestem. Ludzie powinni nas dobrze widzieć, bo wszystko dzieje się na naszych twarzach.

Rozmawiali: Julia Rzemek i Krzysztof Kowalewicz

Komentarze...