Sztuka latania - rozmowa z Mateuszem Rękasem
access_time 2018-06-08 12:55:00
Jeśli ktoś myśli, że balonami latają tylko dystyngowani, z lekka flegmatyczni dżentelmeni à la Phileas Fogg, będzie miło zaskoczony, poznając jednego z najlepszych pilotów balonowych w Polsce, tarnowianina - Mateusza Rękasa.

Mateusz Rękas - triumfator w Balonowym Pucharze Polski z 2017 r., członek kadry narodowej, najmłodszy uczestnik w historii zawodów o Puchar Gordona Bennetta w 2014 r., syn Krzysztofa Rękasa, który w 1996 roku wspólnie z Pawłem Orłowskim reaktywował historyczny Mościcki Klub Balonowy, człowiek z wielką pasją. W rozmowie z Agnieszką Cichy opowiada o swoich doświadczeniach, wrażeniach z podróży balonowych i planach reaktywacji ulubionej zabawy przedwojennych tarnowskich inżynierów, czyli "pogoni za balonowym lisem".

 

Zacznę sztampowo: dlaczego baloniarstwo? Skąd wzięła się u Ciebie miłość do balonów?

Baloniarstwem zaraził mnie ojciec, który od dwudziestu kilku lat lata balonami. Już jako dzieciak zapragnąłem zostać pilotem. Myślę, że tu jest źródło.

Czyli to rodzinna pasja?

Rodzinna. Nasz klub, czyli Mościcki Klub Balonowy liczy już kilkudziesięciu członków i trochę Rękasów w nim jest.

Ilu Rękasów lata?

Pilotów Rękasów jest czterech, czyli ja, mój wujek Mirosław, ojciec Krzysztof i kuzyn Wojciech. W klubie jest oczywiście zdecydowanie więcej pilotów, już na ten moment kilkunastu oraz jeszcze kilkudziesięciu członków załóg, w tym również mój brat Kuba, moja dziewczyna Agnieszka, słowem rodzina i przyjaciele.

Czyli baloniarstwo to nie jest typowo męski sport?

Zdecydowanie nie. Kobiety również latają i osiągają całkiem niezłe wyniki w Polsce i na świecie. W klubie również mamy kilka pilotek. Moja dziewczyna, Agnieszka właśnie kończy szkolenie. Poza tym lata z nami jeszcze Kasia Łabuda.

Czy można balonem precyzyjnie sterować i lądować tam, gdzie się zaplanowało?

I tak, i nie. Sterowanie balonem jest specyficzne - lecimy tylko z wiatrem, a więc jeśli wiatr wieje na północ z prędkością 15 km/h, to lecimy na północ, ale może się zdarzyć tak, że o ile przy ziemi wiatr wieje na północ, to już na wysokości 500 metrów wieje na wschód z jakąś inną prędkością. Sterowanie balonem polega więc na dobieraniu takich wysokości, aby dolecieć w jakieś pożądane miejsce. Natomiast bywają też takie loty, że wiatr praktycznie stoi w miejscu, wtedy balon się nie przemieszcza, dlatego ciężko wtedy mówić o jakimś sterowaniu. Oczywiście z reguły takich lotów się unika, ponieważ niosą ze sobą to ryzyko, że utkniemy w jakimś miejscu, nad lasem, zabudowaniami, liniami energetycznymi, z którego nie będziemy mogli się w żaden sposób wydostać, a poza tym – nie ukrywam - widoki może są fajne, natomiast sam lot już nie należy do najciekawszych.

Balony od ich wynalezienia nie zmieniły się znacznie, jeśli chodzi o konstrukcję. No może poza tym, że w grzańcach nie lata się już z ogniskiem...

Tak, w zasadzie konstrukcja balonów nie zmieniła się szczególnie. Pierwszym balonem, jaki uniósł się nad ziemię był balon braci Montgolfier w 1783 roku i to był balon na ogrzane powietrze. Używano wtedy do ogrzewania powietrza słomy, skór i różnych innych dziwnych materiałów, natomiast wkrótce potem zostało wynalezione dużo praktyczniejsze rozwiązanie, czyli zamknięty gaz. Jeszcze w tym samym roku powstały balony wodorowe i przez kolejne 200 lat to one dominowały. Teraz z kolei, od lat 60-tych, 70-tych, sytuacja odwróciła się w zupełności, tzn. balony na ogrzane powietrze wyparły balony gazowe. Głównie ze względu na to, że palniki stały się doskonalsze, powstały nowe materiały, które pozwalają utrzymać to ciepłe powietrze. No i przede wszystkim balony na ogrzane powietrze są dużo prostsze, tańsze i wygodniejsze niż balony gazowe.

Jakimi balonami częściej latasz – gazowymi czy na ogrzane powietrze?

Zdecydowanie częściej latam balonami na ogrzane powietrze, bo tymi w klubie dysponujemy kilkoma i tak jak mówiłem są dość proste w obsłudze. Jedziemy na stację benzynową, tankujemy zbiorniki gazem LPG, znajdujemy kawałek łąki, z załogą rozkładamy balon, pompujemy go i lecimy. Taki godzinny lot, to jakaś godzina, dwie przygotowań i jest łatwo, prosto i przyjemnie. Natomiast jeśli chodzi o balony gazowe, czyli te na wodór, to aktualnie nie mamy możliwości tankować ich w żadnym miejscu w Polsce, ponieważ nie istnieje infrastruktura, która by to umożliwiała, nie ma miejsca, w którym moglibyśmy tankować wodór za stosunkowo nieduże pieniądze. W efekcie każdy lot balonem gazowym wykonujemy w Niemczech, gdzie taka infrastruktura jest dostępna i możemy za bardzo nieduże pieniądze kupić gaz. Minus jest taki, że musimy pokonać samochodem kilka tysięcy kilometrów i to jest dosyć męczące, zwłaszcza, że później po tej długiej jeździe czeka nas długi lot, ponieważ balonami gazowymi lata się zdecydowanie dłużej, to już nie jest godzina, czy dwie, jak w przypadku balonów na ogrzane powietrze, tylko 10, 20, 50, a nawet więcej godzin.

Jak długo trwa sezon balonowy?

Latamy cały rok. Zima nawet jest korzystniejsza dla balonów na ogrzane powietrze, ponieważ nie musimy utrzymywać w powłoce aż tak wysokich temperatur. Po drugie, warunki są stabilniejsze, bo nie występuje zjawisko termiki w ciągu dnia, czyli turbulentnej atmosfery. Natomiast wszystkie zawody rozgrywają się od kwietnia do października, to jest więc najbardziej intensywny okres dla nas. W tym czasie musimy się też wywiązać z naszych zobowiązań wobec sponsorów, robimy różne akcje marketingowe i z tego też utrzymujemy działalność klubu.

A nocą można latać?

Można. Choć jest to trudniejsze w przypadku balonów na ogrzane powietrze. Z tego względu, że te balony tak długo nie latają. Natomiast jeśli chodzi o balony gazowe, to latanie nocą jest chlebem powszednim. Każdy dłuższy lot zawiera w sobie dwie, a nawet trzy noce. Trzeba tylko się do tego odpowiednio przygotować, czyli posiadać nawigację, wariometry, światła nawigacyjne i stroboskopowe, ewentualnie jeszcze jakąś bardzo mocną latarkę, w razie, gdy warunki atmosferyczne albo jakaś inna sytuacja zmusi nas do lądowania w nocy, oświetlić sobie teren na ziemi, po to, by uniknąć lądowania na jakichś przeszkodach. Najbardziej niebezpieczne są linie energetyczne.

Co jeszcze zabieracie ze sobą w koszach?

W balonach na ogrzane powietrze do lotów turystyczno-rekreacyjnych wystarczy GPS lub telefon, który już teraz spokojnie może zastąpić wszystkie urządzenia. Z kolei w zawodach balonów na ogrzane powietrze, sprzętu jest już trochę więcej. Zabieramy ze sobą laptopa, który umożliwia wykonanie bardziej skomplikowanych obliczeń, niezbędnych w precyzyjnym lataniu w konkurencji, dodatkowo zawiera też mapę, która ułatwia nam nawigowanie się podczas lotu. Poza tym GPS do nawigacji, wariometr, który pokazuje nam naszą prędkość pionową oraz wysokość, kartę konkurencji, loger, czyli urządzenie zapisujące naszą trasę lotu, na bazie której liczony jest nam później wynik w części konkurencji, markery czyli tasiemki zakończone workiem z piaskiem, które służą do zaznaczania naszej pozycji w celach na ziemi, czyli w tych najprostszych konkurencjach. W balonie gazowym tego sprzętu jest zdecydowanie więcej. Do urządzeń nawigacyjnych dochodzą światła stroboskopowe i nawigacyjne do lotów w nocy, dużo baterii do całej elektroniki, wariometr, GPS, mapy Europy wraz ze strefami lotnisk, maski tlenowe, butle z tlenem, ciepłe ubranie, jakieś jedzenie, przenośna toaleta.

I jednocześnie balony nie mogą być przeciążone?

Nie mogą. W balonach gazowych staramy się, żeby wszystko było jak najlżejsze z tego względu, że im więcej mamy balastu, tym teoretycznie możemy lecieć dłużej i dalej. Wszystko jest maksymalnie odchudzone, łącznie z pilotami – w miarę zdrowego rozsądku oczywiście, ale prawdą jest, że większość reprezentacji na świecie filigranową posturą przypomina dżokejów.

Czy baloniarstwo to sport ekstremalny?

Myślę, że latanie turystyczno-rekreacyjne w odpowiednich warunkach jest bardzo bezpieczne. Statystycznie rzecz biorąc baloniarstwo jest najbezpieczniejszym sportem lotniczym. Ryzyko trochę wzrasta na zawodach balonów gazowych – tam już poważniejsze wypadki zdarzają się dużo częściej. Tak, jest to niebezpieczny sport. Jest wiele zagrożeń, które niosą ze sobą np. burze, czy jakieś trudniejsze warunki w górach. Przykładowo, przelatując przez morze, jakaś awaria sprzętu może spowodować, że będziemy musieli lądować na wodzie. Te loty przez morze potrafią trwać wtedy kilkadziesiąt godzin. Również jakaś burza po drodze może się zakończyć bardzo źle – nie ma wtedy jak uciec, jak wylądować. Mniej więcej przez taką sytuację, w zawodach w 2010 r. zginęła dwójka pilotów amerykańskich. Generalnie baloniarstwo samo w sobie jest bezpieczne, ale sport już trochę mniej.

A Tobie zdarzyła się jakaś wyjątkowo niebezpieczna sytuacja?

Kilka. W zasadzie wszystkie w balonach gazowych. Począwszy od pierwszego Pucharu Gordona Bennetta, w którym startowaliśmy czyli w 2014 roku. Otóż, w pewnej sytuacji musieliśmy uciekać przed burzami na Morzu Tyrreńskim, co ostatecznie spowodowało, że nasz ogólny plan lotu, który zakładał lot do Albanii przez Włochy wysypał się i byliśmy zmuszeni do lądowania w górach we Włoszech, w nocy przy dość dużej prędkości 40 km/h. Ostatecznie udało nam się jednak znaleźć odpowiednie miejsce i obeszło się bez jakichś większych strat. W tym samym roku lecieliśmy w Pucharze Ameryki, na American Challenge w Stanach Zjednoczonych. Ze względu na jedną złą decyzję w locie, doszło do sytuacji, w której w nocy znaleźliśmy się w bardzo niewielkiej odległości od burz. Najpierw spotkał nas deszcz, później dociążony przez wodę balon zszedł bardzo nisko do ziemi. Wprawdzie udało się wyhamować balon i wylądować, ale rano zauważyliśmy, że jesteśmy dosłownie jakieś 15 metrów od linii energetycznej. Znów mieliśmy dużo szczęścia. Tym bardziej, że zaraz po lądowaniu rozpętała się największa burza, jaką w życiu widziałem.

Burza to chyba największe zagrożenie dla balonów...

Tak. Pomijając wyładowania, które połączone z wodorem raczej nie wróżyłyby nic dobrego, to burzowe chmury bardzo oddziaływują na balon. Prądy zstępujące mogą rzucić balonem o ziemię niezależnie od tego, co my byśmy chcieli z nim zrobić. Z kolei prądy wznoszące mogą zabrać balon na wysokość 8-10 tysięcy metrów, gdzie nie ma tlenu a temperatura osiąga już jakieś skrajne wartości na poziomie -40 stopni Celsjusza. Generalnie burze to jest coś, czego musimy za wszelką cenę unikać. Wracając jeszcze do niebezpiecznych sytuacji. Największym bezpośrednim zagrożeniem była sytuacja podczas Pucharu Gordona Bennetta, dwa lata temu. Startowaliśmy w Niemczech w Gladbeck, czyli stolicy baloniarstwa gazowego na świecie. Lecieliśmy na południe. Planowaliśmy ponownie przelecieć Morze Tyrreńskie, lecąc na południe od Sardynii, dolecieć w południowe Włochy i później - jeżeli by się udało - do Grecji. Plan dość ambitny. Generalnie wszystko szło dobrze do momentu, w którym ze względu na nagłą zmianę pogody, musieliśmy podjąć jedną ryzykowną decyzję, która niestety finalnie zmusiła nas do lądowania na południu Francji. Mówię niestety, bo w tamtym rejonie występuje zjawisko mistrali, czyli suchych, zimnych i porywistych wiatrów schodzących z gór. Prędkości wiatru są skrajne, na poziomie 70-80 km/h, co dla balonów jest bardzo niekorzystne, bo nie mają hamulców. Z taką właśnie prędkością uderzamy o ziemię. Masa balonu nie jest mała, amortyzacja kosza jest niewielka, dodatkowo sprawę skomplikowało to, że teren był górzysty, a warunki bardzo turbulentne. Balon jest więc wyjątkowo trudny do kontrolowania. Żeby tego było mało, mieliśmy końcówkę balastu, czyli ostatnią szansę na lądowanie. Udało nam się znaleźć w miarę przyzwoity plac - zaorane pole. Zaraz za nim była winnica, a za nią linie energetyczne. Przy uderzeniu drugi pilot, Jacek Bogdański wypadł z kosza i zaplątał się w liny, a ja zostałem uwięziony w przewróconym do góry dnem koszu, który przytrzasnął mój kombinezon alpinistyczny. Balon przyjął kształt spadochronu i przy tej prędkości kilkudziesięciu km/h, zaczął nas ciągnąć. Winnica mogła nam rozedrzeć balon, ale to byłoby chyba lepsze niż gdyby balon przedostał się przez winnicę razem z nami i wylądował na liniach energetycznych. Wszystko miało dość dramatyczny przebieg. Ostatecznie, gdyby nie pomoc Francuzów, to tego balonu nie udałoby nam się wyhamować. W balonach na ogrzane powietrze już takich skrajnie niebezpiecznych sytuacji nie miałem.

Baloniarstwo to jest dla Ciebie sport, praca czy sposób na życie?

Wszystko z powyższych. Sport jest moją pasją, latanie jest moją pasją, a baloniarstwo jest również moim zawodem. Od kilku lat prowadzę też firmę, która zajmuje się organizacją pikników lotniczych.

Latasz na całym świecie, jakie widoki poleciłbyś z lotu balonem? Albo jakie sam chciałbyś jeszcze zobaczyć?

Chciałbym polatać nad Islandią – teren jest bardzo piękny i myślę, że byłaby to wyjątkowa przygoda. Szkoda tylko, że panują tam skrajnie nieprzyjazne warunki dla baloniarzy. Silne wiatry mogą być naprawdę dokuczliwe. Nie miałem jeszcze okazji lecieć przez Alpy, chociaż Alpy widziałem z dość bliska. Myślę że tam też bym się chętnie zapuścił. W przyszłości chciałbym też przelecieć przez Rosję, kilka tysięcy kilometrów z zachodu na wschód, w kierunku Bajkału. Ale to jest marzenie, które wymaga dużych środków, trochę innego sprzętu i dużo pracy. Najmilej z kolei wspominam przelot nad Morzem Tyrreńskim, dokładnie pomiędzy Sardynią a Korsyką. Przy pięknej pogodzie widok zapierał dech w piersiach.

A Tarnów i okolice to dobre miejsce na loty balonem?

Doskonałe. Tarnów jest naprawdę ładnym miastem. Uwielbiam latać nad Tarnowem, nad starym miastem. Oprócz tego jest to przyjazny teren, nie ma jakichś ogromnych lasów, nie licząc lasów radłowskich. Góry na południu też szczególnie nie utrudniają latania. Na północy mamy tysiące pól, na których można wylądować. Tarnów jest świetny do latania i do tego piękny widokowo.

A jeżeli ktoś chciałby rozpocząć swoją przygodę z balonem, to z jakimi kosztami musi się liczyć?

Jeżeli ktoś chciałby zacząć kompletnie od zera, tzn. nie chciałby działać z nami w klubie, tylko sam się wyszkolić, kupić balon i zostać pilotem, to musiałby się zgłosić do aeroklubu i zapłacić jakieś 20 tys. zł za szkolenie, następnie kupić sprzęt, czyli balon, kosz, palnik, butlę, wentylator do pompowania balonu, samochód, przyczepę – na to wszystko musiałby wydać jakieś 300 tys. zł. Natomiast w naszym klubie istnieje możliwość wyszkolenia się, zostania pilotem, czy członkiem załogi w zasadzie za zerowe koszty. Sprzętu mamy - dzięki naszym sponsorom - bardzo dużo i dysponujemy najnowocześniejszą flotą w Polsce.

Czyli każdy może przyjść? Nie musi spełniać żadnych warunków?

Tak. Musi się tylko mocno zaangażować. Jeśli ktoś ma pasję i zaangażowanie, to na pewno znajdzie się u nas dla niego miejsce. Z czasem możemy rozpocząć szkolenie takiej osoby, aby w przyszłości mogła zostać pilotem i latać na którymś z naszych balonów. Trzech najmłodszych obecnie pilotów w Polsce pochodzi z naszego klubu.

Jednorazowy turystyczny lot balonem też jednak do tanich się nie zalicza. Skąd tak wysokie koszty?

W pracę zaangażowanych jest kilka osób – i to nie tylko przy samym locie, na który składa się przygotowanie sprzętu, pościg za balonem itd. – ale też przy konserwacji sprzętu, przygotowaniu go do lotu, zatankowaniu. Do tego dochodzi cena gazu, dyspozycja samochodu. Wszystko to jest dość kosztowne, dlatego przeloty prywatne, turystyczne są drogie. Przykładowo lot turystyczny dla dwóch osób to jest koszt około 1500 zł za godzinę lotu. Oczywiście jest też możliwość zorganizowania większej grupy i lotu większym balonem. Wtedy cena jest trochę niższa. Generalnie jednak takie ceny są w całej Polsce.

Paweł Huelle w powieści "Mercedes-Benz" umieścił wątek biografii swojego dziadka Karola Hülle, znanego myśliwego, wicedyrektora mościckich zakładów i przytacza opowiastkę o inżynierach, czyli nowej elicie, która tworzyła własne rozrywki. Jedną z nich były loty balonem połączone z ich ulubionym sportem automobilowym, czyli "pogoń za lisem balonowym". Czy myślisz, że baloniarstwo to wciąż elitarne zajęcie?

Biorąc pod uwagę fakt, że to jeden z najdroższych sportów lotniczych, to na pewno tak. Poza tym ciężko jest wejść w ten sport. W Polsce, jeżeli ktoś chce zostać baloniarzem, to musi aktywnie działać w jakimś aeroklubie lub klubie balonowym, albo liczyć się z ogromnymi kosztami. W Mościckim Klubie Balonowym staramy się jednak robić wszystko, żeby ten sport popularyzować i udostępniać dla każdego. Na pewno balony gazowe są bardzo elitarne, bardzo ekskluzywne i bardzo unikatowe. Balony na ogrzane powietrze już trochę mniej.

"Proszę sobie wyobrazić to podniecenie zgromadzonych automobilistów, gdy za pół godziny później dano znak, że mogą się rozjechać w poszukiwaniu pędzonej wiatrem kuli, lecz zanim rozkręciły się startery, zanim piloci rozłożyli mapy, najpierw szukano kontaktu wzrokowego przez lornetki, bo przecież trzeba było wiedzieć w którą stronę poszybował balon, czy jechać na północ do Szczucina, czy wręcz przeciwnie, ku Zbylitowskiej Górze; no więc tak to mniej więcej wyglądało."* Co myślisz o reaktywacji "pogoni za lisem balonowym"?

Jak najbardziej miałoby to sens, forma nie musi być szczególnie zmieniona. W latach 90-tych na organizowanych przez nasz klub zawodach balonów na ogrzane powietrze przygotowaliśmy również pogoń za lisem. W pogoni uczestniczył klub motocyklowy oraz wielbiciele starych samochodów. Jeżeli znajdą się na to środki, to być może i w tym roku podczas naszego corocznego "Balonowego Turnieju Niepodległości" przygotujemy taką atrakcję dla mieszkańców.

Najbliższe plany sportowe?

W tym sezonie chcemy zaliczyć wszystkie zawody Pucharu Polski. W zeszłym roku zajęliśmy pierwsze miejsce w Pucharze Polski, w tym roku zaczęliśmy od miejsca drugiego, ale mam nadzieję, że na następnych zawodach uda nam się poprawić ten wynik (to jest cykl zawodów, z których średnia punktów zebrana z wszystkich zawodów wyłania zwycięzcę). Oprócz tego Mistrzostwa Świata Balonów na Ogrzane Powietrze w Austrii, gdzie będziemy rywalizować ze 120 ekipami z całego świata. To będzie dla naszej załogi pierwsza impreza tak dużego kalibru. W zeszłym roku na Mistrzostwach Europy zajęliśmy wysokie 15 miejsce. Myślę, że od tego czasu paru rzeczy się nauczyliśmy i będziemy robić wszystko, żeby w tym roku znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Ponadto czeka nas Puchar Gordona Bennetta w Bernie, w Szwajcarii, czyli Mistrzostwa Świata Balonów Gazowych w Lotach Długodystansowych. Sezon mamy więc wypełniony po brzegi. Praktycznie w każdy weekend są jakieś zawody, poza tym praca związana z moją firmą, wyjazdy za granicę.

Zatem życzę dalszych sukcesów i dziękuję za rozmowę.

*Paweł Huelle, MERCEDES-BENZ: z listów do Hrabala, Kraków, Wyd. ZNAK, 2001.

Fot. Paweł Topolski

Komentarze...